Komplet opowiadań Leopolda Tyrmanda. W opowiadaniach Tyrmanda znajdziemy
mozaikę, z której można poskładać całe jego życie. Mozaikę barwną i niezwykłą.
Jak cała jego twórczość. Jak cały Tyrmand. Opisywał swoje przeżycia wojenne,
fascynację sportem, snuł rozważania nad naturą ludzką. Ale przede wszystkim
pisał o sobie, a pisząc o sobie – opisywał otaczający go świat.
Losy młodego Polaka, którego wojenne drogi wiodą do Frankfurtu nad Menem,
gdzie pracuje w jednym z hoteli jako kelner, w grupie młodzieży pochodzącej z
krajów okupowanych przez Niemcy. W tym wrogim świecie odnajduje całkiem
niespodziewanych sojuszników. Są nimi wszyscy, których dosięgła wspólna
wojenna mitologia. Także młodzi Niemcy. Jak większość prozy Tyrmanda i ta
książka oparta jest na elementach biograficznych. Jest to opis losów człowieka
nieprzeciętnego, którego młodość została naznaczona przez okupację, politykę i
emigrację. I jak zawsze jest to proza pisana wbrew ustalonym regułom,
przedstawiająca obraz wojny nie do przyjęcia przez władze PRL. Za to
znakomicie przyjmowana przez czytelników. A dziś - dzięki znakomitej adaptacji
filmowej - również przez widzów. Wydanie na podstawie Filipa bez cenzury, co
oznacza, że do rąk czytelników trafia wersja napisana przez Leopolda Tyrmanda,
bez skreśleń cenzorskich.
Gdy wychodziłem z domu, przyszło mi ni stąd, ni zowąd na myśl, że to, co piszę
w dzienniku, może mieć wartość nieprzemijającą. Może nawet doniosłą. Już
kiedyś o tym myślałem, lecz zdało mi się robieniem z siebie samego balona.
Dziennik to psychiczne odprężenie na prywatny użytek i to musi wystarczyć.
Dziś wydało mi się, że to, jeśli przetrwa i dotrze do drukarskiej prasy
zostawi po mnie ślad. W związku z czym wynikł nowy problem: kto jest tego
adresatem? Po prostu Polacy i ludzie? Zbyt ryzykowne. Wolałbym za mych
czytelników tych, którzy przetrwają komunizm. Ale tych także, co jeszcze nie
zapomnieli jego trupiego ciężaru na grzbiecie i dławiącego uchwytu na szyi. To
idealna publiczność, bezbłędny odbiorca. Taki tylko nasłodzi się naprawdę tym,
co ja sam uważam w tym dzienniku za wartość - a mianowicie nieustępliwością.
Leopold Tyrmand wrócił do powojennej Polski z własnej woli. Jednak szybko okazało się, że nowa rzeczywistość tłamsi go zarówno literacko jak i osobowościowo. W połowie lat 60. wyemigrował i osiadł w Stanach Zjednoczonych, gdzie próbował stać się autorem anglojęzycznym. Literacka aktywność Leopolda Tyrmanda zamyka się w czterech dekadach, a zawarte w niniejszym tomie wypowiedzi pisarza dokumentują niemal cały ten okres. Pochodzą one ze źródeł, wśród których są: wywiady prasowe, nieznane, niepublikowane dotąd notatniki czy też materiały służb PRL pozyskane z podsłuchu. Tyrmandowi nieobce było hasłowe porządkowanie wypowiedzi. Dowodzi tego jego książka pt. Zapiski dyletanta. To właśnie ona stała się konstrukcyjnym wzorem niniejszego tomu, w którym znalazły się szczere, wręcz bezkompromisowe oceny znajomych, pisarzy czy ludzi władzy. Są tu również społeczno-polityczne diagnozy, migawki z peerelowskiej rzeczywistości i wrażenia z podróży po Europie czy USA. Podejmując lekturę Alfabetu Tyrmanda czytelnik wychodzi na spotkanie z pisarzem, którego w jakimś stopniu zna, ale także takim jego obliczem, którego zupełnie się nie spodziewa.
Książka ta oferuje pełen obraz życia w socjalizmie, skupiając się na doświadczeniach inteligenta, zwłaszcza warszawiaka. W Dzienniku 1954 pojawiają się postacie takie jak Herbert, Jasienica, Kisiel i Turowicz, co nadaje kontekst i głębię relacjom. Autor, młody pisarz i znakomity obserwator, dzieli się swoimi przemyśleniami i emocjami, które prowadzą do jego późniejszej emigracji z Polski. Tyrmand opisuje Dziennik jako świadectwo dla samego siebie, odzwierciedlające jego życie, pragnienia i myśli, oraz epokę, z którą jest nierozerwalnie związany. Wskazuje na potrzebę weryfikacji swoich przekonań i możliwości, które są ograniczone przez aktualną sytuację. Nie czuje się kontemplacyjny ani nie ma daru tworzenia dla samego aktu tworzenia. Jak zauważa Kisiel, ma silną potrzebę dzielenia się swoimi myślami z innymi. Czuje się dziennikarzem z powołania, co sprawia, że jego przemyślenia szybko się dezaktualizują. Dlatego postanawia, że prowadzenie dziennika przyniesie mu ulgę.
To był czwartek, 28 września 1967 roku. Dwa lata po wyjeździe Leopolda
Tyrmanda z Polski, kilka miesięcy po opublikowaniu przez niego na łamach
paryskiej Kultury Porachunków osobistych. Przed drzwiami mieszkania Barbary
Hoff w Warszawie stanęło dziewięciu pracowników Służby Bezpieczeństwa. W
wyniku przeprowadzonej rewizji skonfiskowano książki (wydany w Londynie tom
poezji Broniewskiego, Bagnet na broń czy anglojęzyczną wersję Siedmiu dalekich
rejsów), czasopisma (paryska Kultura), listy Tyrmanda do Barbary Hoff, liczne
kartki pocztowe od bliższych i dalszych znajomych (np. od Konwickiego czy
Herberta), różnego typu legitymacje, zapisane po brzegi kalendarzyki i
adresowniki, stosy wizytówek, które w przeważającej większości należały do
korespondentów zagranicznych czasopism, fotoreporterów, wydawców czy
pracowników ambasad. W zbiorze tym trafimy także na dwa niepozorne, zapisane
najczęściej zielonym atramentem, notatniki. Są one o tyle ważne i
niepowtarzalne, że jako jedyne ilustrują literacką kuchnię pisarza, jego
lektury i intelektualne zainteresowania w pierwszych latach po powrocie do
kraju. Jednak zanim do tego doszło los rzucał pisarza po wielu europejskich
krajach, a wydarzenia, które temu towarzyszyły bez odrobimy przesady mogłyby
być podstawą sensacyjnego filmu.
To są moje porachunki osobiste z komunizmem i z ludźmi w komunizmie. Kogo nie
interesuje ich prywatność lub razi wąskość ich perspektyw, niech dalej nie
czyta. Dalej mowa będzie o gnojeniu i z tego tylko wynikają moje uogólnienia i
manie. Może byłem pomyłką w historii, może się spóźniłem i wygłupiałem, zgoda,
ale próba postępowania zgodnie z własnym sumieniem jest zawsze probierzem
uczciwości. Zresztą nie byłem jeden: każdy toczy tam taką osobistą i prywatną
walkę z aparatem nacisku na świadomość, z wszechobejmującym kłamstwem, z
super-pozorem. Tylko że większość zgadza się na własną klęskę, nieliczni - na
tzw. honorową przegraną, jeszcze mniej - na remis. Ja nie chciałem się poddać
i ustąpić; może to głupie, ale przecież o to samo wojowaliśmy z Hitlerem -
obowiązywała wszak wtedy zasada, że jest w końcu coś, z czego nie można
ustąpić.
Tyrmand warszawski to zbi�r felieton�w o Warszawie drukowanych w latach
1946-1953 w Stolicy i Tygodniku Powszechnym. Autor powr�cił po wojnie do
Polski ? gł�wnie z miłości do Warszawy. I właśnie ta miłość, z kt�rą się
bynajmniej nie krył, jest osnową wszystkich jego tekst�w na temat naszej
stolicy. Jego zdaniem: ?...wszystko, dziejące się poza Warszawą, było
niedobre, nudne, niewłaściwe i pozbawione wdzięku?. Tezę tę z wdziękiem
rozwija w felietonach.Tak samo wszystko, dziejące się w Warszawie, jest dobre,
interesujące, właściwe i pełne czaru i uroku. Przykład ? proszę bardzo: gdy w
Łodzi pada deszcz w Wielkanocne święta, jest to tylko i wyłącznie winą Łodzi,
bo tylko w takim mieście może w Wielkanoc padać deszcz. Gdy natomiast Warszawa
ma nad sobą złą pogodę w każde święta, można, a nawet należy to wybaczyć.
Bowiem winna jest pogoda, a nie miasto. Na pewno. A zresztą w Warszawie, na
Wielkanoc musi być ładnie...
Życie w komunizmie było piekłem, ale nie dla wszystkich. Było piekłem dla
ludzi dobrej woli. Dla uczciwych. Dla rozsądnych. Dla chcących pracować z
pożytkiem dla siebie i dla innych. Dla przedsiębiorczych. Dla tych, którzy
chcieli coś zrobić lepiej, wydajniej, ładniej. Natomiast doskonale powodziło
się w nim służalcom, oportunistom i konformistom. Tyrmand uważał komunizm za
najgorszą plagę jaka spotkała ludzkość, dlatego napisał tę książkę.
Książka legenda. Najpoczytniejszy kryminał napisany w czasach PRL-u. A tak
naprawdę niezwykle inteligentnie opis Polski Ludowej, przebrany w str�j ni to
kryminału, ni to romansu, ni to westernu. Zaczyna się od tajemniczych napad�w.
Z tym, że wszyscy atakowani to bandziory. Ludowa milicja staje na głowie, by
dostać jedynego sprawiedliwego, szeryfa bez twarzy, kt�ry sprawia, że ludzie
zaczynają się czuć bezpieczni. Podziemny światek Warszawy rusza na wojnę.
Bohater ma tylko jeden znak rozpoznawczy, niezwykłe, świetliste spojrzenie. A
dodatkowo w tle historia miłosna, kt�rej osią jest Marta Majewska, niechcący
wciągnięta w przestępcze życie Warszawy.